Wasze historie

Nigdy „nie wyleczę się” z lęku

Kiedy skończyłam piętnaście lat, myślałam, że mam zawał serca. Wtedy nie wiedziałam, że to lęk.

Bałam się. Podobnie, jak wtedy, gdy poczułam, że nie mogę złapać oddechu, a klatka piersiowa przyciśnięta jest kamieniem. Jak urósł mi język. Jak nie mogłam nosić niczego przylegającego do szyi, gdyż powodowało to odruch wymiotny. Jak miałam ściśnięte gardło i czułam każdą przechodzącą przez nie rzecz kilka razy mocniej. Jak, idąc cmentarzem, opuszczałam wzrok, bo wiedziałam, że muszę przeczytać każdy z nagrobków. Jak patrzyłam w lustro i czułam, że ja to nie ja. Gdy świat stawał się klatką, z której nie mogę uciec. Gdy czułam jego skończoność. Gdy waliło mi serce i zalewał zimny pot.

Walkę z nadmiernym lękiem rozpoczęłam bardzo wcześniej, już jako dziecko. Wracał jak bumerang pod różnymi postaciami – szkoły, nauczycieli, kolonii, kościoła, jedzenia, koleżanek, niskiej samooceny, samolotów, mężczyzn.

W głowie dźwięczały mi słowa najbliższych: znerwicowane dziecko; zabiorę cię do psychiatry (wypowiadane jako groźba). Towarzyszyło mi niskie poczucie wartości, przekonanie, że “coś ze mną jest nie tak”. Nie wiedziałam, czym są somatyzacja i ataki paniki.

To starcie, przynajmniej na początku, nie jest równe. Jakbyś był przedstawicielem wagi lekkiej i mierzył się z zawodnikiem z ciężkiej. Bez doświadczenia, uważności na emocje i odpowiednich narzędzi. Jedyne, co jest w twojej głowie to przekonanie, że zwariowałeś. A jeśli jeszcze nie, to na pewno za chwilę to się stanie. Albo umrzesz. Nie, że kiedyś, ale zaraz. Spirala się nakręca. Błędne koło.

A wiesz, co jest ciekawe? Patrzę na zdjęcia z czasów, gdy miałam kilkanaście ataków paniki dziennie. Jestem na nich uśmiechnięta, wśród znajomych. Tego zaburzenia nie widać. Możesz “normalnie” funkcjonować, jednocześnie w środku balansując na krawędzi obłędu i niebezpiecznie przechylając się w stronę przepaści.

W wyzwoleniu się z sideł tak kurczowego lęku kluczowym było dla mnie pogodzenie się z tym, że nigdy się “z niego nie wyleczę”. Nie można wyleczyć się z emocji. Można nauczyć się posługiwania pewnymi technikami, narzędziami, pomagającymi lęk zmniejszyć. Przez wiele lat marzyłam o tym, że po skończonej terapii lęk nigdy do mnie nie powróci. Typowy lęk przed lękiem  Bałam się znowu bać.

Teraz już wiem, że nawet, jeśli wróci, to sobie z nim poradzę. Jeśli nie sama – pomogą mi w tym specjaliści. Doskonale znam już objawy. Wiem, że z medycznego punktu widzenia nic mi się nie stanie. Racjonalizuję. Kontruję katastroficzne myśli przychodzące do głowy. Piszę karty przypominające. Nie poświęcam nadmiernej uwagi kłuciu w klatce piersiowej czy odrealnieniu. Wiem, że “nie zwariowałam”, gdyż taka osoba nie ma świadomości tego, że w jakiś sposób odstaje od przyjętych społecznie norm. Nie pozwalam rozkręcić spirali lęku. Mówię głośno STOP, gdy wiem, że nadchodzi atak paniki. Jestem  w terapii i  pod opieką lekarza psychiatry.

Daję sobie prawo do tego, że mogę się bać. Czasem w nadmiarze. Nie zawsze mam siłę odeprzeć te wszystkie myśli czy objawy. To też jest ok. Mimo, że w danym momencie tak nie czuję, wiem, że będzie dobrze. Że to tylko emocja. Że atak paniki nie trwa dłużej niż kilkanaście minut.

Wiem też, że nie jestem z tym sama. Gwarantuję ci, że w najbliższym otoczeniu ktoś także prowadzi równie zaciętą walkę. Nawet jeśli jest zawsze pogodny. Pod uśmiechem może kryć się wiele różnych emocji, także tych, od których chcielibyśmy raz na zawsze uciec.