Spojrzeć inaczej

Atlas, według mitologii greckiej, miał dźwigać na swoich barkach całe niebieskie sklepienie.

Wyobraźmy sobie, że jesteśmy jak tytan i dźwigamy swój własny, symboliczny firmament. Niech będą nim nasze smutki i radości, lęki i akty odwagi, bagaż doświadczeń i pusta walizka przygotowana na nowe przeżycia. Niech na błękitną sztangę składają się rzeczy dobre i złe, lżejsze i cięższe – to, co stanowi naszą rzeczywistość. Gdyby to wyobrażenie było odzwierciedleniem prawdy, okazałoby się, że nie wszyscy ludzie mają równe ciężary. Co więcej, dysproporcje byłyby dość znaczne.

Czasem codzienność zaczyna nam ważyć tony, staje się jarzmem. Przez ręce prześlizgują się kolejne aspekty życia: praca, szkoła, rodzina, znajomi. Nie udaje się ich złapać. Zdarza się, że równowaga jest bardzo zachwiana, że smutek nie zostawia miejsca na radość, że lęku jest dwie tony za dużo, a ta wspomniana pusta walizka okazuje się być dokładnie wyściełana niepokojem.

Czasem niektórzy mają z Atlasem więcej wspólnego niż inni. Im też ciężar powoduje mękę.

Najgorsza jest niewiedza. Co się ze mną dzieje i dlaczego? Nie rozumiemy sami siebie. Nawet trudno nam ubrać w słowa to, co ma miejsce w naszej głowie. Czy to już obłęd? Rozpacz, pustka czy lęk? Często wszystko to na raz, pomieszane i doprawione innymi nieprzyjemnymi odczuciami. Nakręcają się wzajemnie zgodnie z efektem kuli śnieżnej. “Chce mi się ciągle płakać. Nie mam siły wyjść z łóżka. Myśli galopują mi w głowie. Czuję ciągły niepokój, jakby zbliżające się niebezpieczeństwo. Zaraz zwariuję. Serce wyskoczy mi z piersi. Nie mam siły. Jestem słaby(-a), nieadekwatny(-a), bezwartościowy(-a). Chcę umrzeć.”

Wszystko to bez uchwytnego powodu albo niewspółmiernie silne w odniesieniu do swojej przyczyny. Przez to tak ciężkie do ogarnięcia umysłem.

Wydaje nam się, że jesteśmy w tym sami. Nikt inny tego nie doświadcza, nikt zatem nie zrozumie. „Jeśli problemy istnieją tylko dla mnie, to nikt ich za mnie nie rozwiąże. Nie ma sensu się nimi dzielić – ludzie ocenią, przykleją mi etykietę. Najbliżsi być może się zmartwią. Lepiej być utrapieniem tylko dla siebie.” Tracimy energię na udawanie, że wszystko jest w porządku. Stajemy się w tym świetni. Tragiczni aktorzy o komicznym emploi. Mało kto jest w stanie nas rozgryźć, gdy kryjemy się za szerokim uśmiechem. Zresztą cóż się dziwić. Kto z nas nie uważał Robina Williamsa za najweselszego człowieka świata?

Gorzej, gdy nie mamy już siły udawać. Gdy docieramy do momentu, w którym decydujemy się wołać o pomoc, prawdopodobnie jest już bardzo źle. Kosztuje to nieprzyzwoicie dużo. „Nie radzę sobie w życiu nie przez złamaną nogę, ale przez głowę. Umysł, istota człowieczeństwa, u mnie jest dysfunkcyjny.” W naszej ocenie oznacza to przyznanie się do ułomności. Czujemy się jak gorszy gatunek. 

Gdzie powinniśmy szukać pomocy, gdzie zacząć? Który z zawodów z przedrostkiem “psycho-” wybrać? Istnieje tyle mitów na temat tych profesji. Tak łatwo się pogubić.

Psycholog? Nie wierzymy zbytnio, że może pomóc. „Wiele ludzi jest podatnych na sugestie. Im spotkania z psychologiem pewnie by pomogły. Mnie raczej nie. Praca z emocjami, wsparcie psychologiczne – wszystko to brzmi jak piękne hasła, za którymi nie kryje się nic konkretnego, a tym bardziej leczniczego. Rozmowa z innymi ludźmi nie przyniosła mi ulgi, w czym więc lepsza miałaby być rozmowa z psychologiem?” Jeśli chodzi o psychoterapeutę, to do końca nie wiemy, co to za zawód. Kojarzy nam się z wygodnym, pikowanym szezlongiem, bardzo drogim. „Terapia pewnie trwa wieki.

Miałbym(-abym) czekać na efekt w nieskończoność? Nie wytrzymam tyle.” Wizyta u psychiatry wydaje się być ostatecznością, swego rodzaju aktem desperacji. Na myśl o spotkaniu z lekarzem przypomina nam się jedna z pierwszych scen z “Przerwanej lekcji muzyki”, w której bohaterka sama skazuje się na pobyt w szpitalu psychiatrycznym. „Skąd mam mieć pewność, że u mnie nie skończy się podobnie? Co, jeśli mnie zamkną?” Wyobrażamy sobie też naszą rozmowę z bliskimi. “Wiesz, chodzę do psychiatry.”

To niepojęte, że wypowiadając to zdanie w myślach, czujemy się, jakbyśmy przyznawali się do czegoś nieprzyzwoitego. Wizyta psychiatryczna, w naszym rozumieniu, równa się też leki. Nie wiemy, dlaczego (może z popkultury?), ale wydaje nam się, że leki psychiatryczne prowadzą do rozszczepienia osobowości. Kojarzą nam się możliwie jak najgorzej: z otępieniem, rozkojarzeniem, z ubóstwem myśli, z rezygnacją z emocji, dezintegracją zachowania.

Z oczami, które patrzą, ale nie widzą, a świecą tylko przerażającą pustką. Nie chcemy tak skończyć. Nie chcemy też się uzależnić, a tego prawdopodobnie bardzo trudno uniknąć. „Pewnie trzeba je przyjmować do końca życia, pewnie trzeba je przyjmować ciągle i w coraz większych dawkach.” Przechodzimy do konkluzji i okazuje się, że żaden wybór nie jest doskonały. Na co się więc zdecydować? Gdzie znaleźć pomoc? Może jednak odpuścić?

Nie odpuszczajmy, zawalczmy o siebie ten jeden raz. Ustalmy nowy, lepszy status quo.

Drogie Czytelniczki, Czytelnicy, szukanie pomocy, czyli innymi słowy walka o siebie, to akt bardzo dużej odwagi.

Skoro dotarliście na tę stronę i czytacie ten artykuł, to pierwszy krok, mały, ale nieoceniony, macie już za sobą. Druga dobra wiadomość jest taka, że tego, co już osiągnęliście i tego, co jeszcze osiągniecie, nikt i nic Wam nie odbierze.

Chcielibyśmy, żebyście uwierzyli, że można i należy żyć lepiej. To zupełnie wykonalne.

Psychiatria, tak jak inne dziedziny medycyny, realnie rozwiązuje problemy zdrowotne i istotnie poprawia jakość życia pacjentów. W odróżnieniu od innych specjalizacji jest natomiast owiana całą masą mitów i obwarowana przeróżnymi stereotypami. One nie mają żadnej przydatnej funkcji, są tylko po to, by je podważać. Będziecie się o tym przekonywać.

Pragniemy, żebyście na początek wzięli sobie do serca dwie zasady, które będą Wam towarzyszyły.

Bądźcie dla siebie samych życzliwi.
Nie bądźcie w tym sami.

Gdy ktoś z naszych bliskich potrzebuje wsparcia, zwykle się sprawdzamy: jesteśmy wyrozumiali, łaskawi, zawsze bronimy tych, których kochamy. Dla siebie natomiast jesteśmy najsurowszymi krytykami. Odpuśćmy i sobie. Uwierzmy w fakt, że i my mamy prawo do słabości.

Co do drugiej zasady – to jest nasza największa przewaga nad mitologicznym Atlasem. Nam można pomóc dźwigać nasz nieboskłon. Nie wahajmy się skorzystać z tego przywileju. My nie zostawilibyśmy bliskich w potrzebie i jest ogromne prawdopodobieństwo, że oni twierdzą tak samo.

Na najtrudniejsze wyprawy nie powinno się chodzić samotnie.

Wasi Amici

Kuba Kucharski